04 grudnia 2014

★Zakochana w Royu Mustangu★

Przyjechałam do Central City, żeby oderwać się od dotychczasowego życia. Właściwie to nie przyjechałam, tylko uciekłam...ale teraz nie o tym. Chciałam nauczyć się alchemii, żeby móc pomagać ludziom. Jednak okazało się że jestem beztalenciem...i teraz mieszkam na ulicy, bez perspektyw na życie. Chociaż określenie "mieszkam na ulicy" nie jest do końca zgodne z prawdą, bo zanim do tego doszło, spotkałam pewną osobę...

Szłam sobie spokojnie chodnikiem, lekko załamana że mi się nie udało. Akurat przechodziłam koło Centrali. Ten budynek robił na mnie wrażenie... Gdy go tak oglądałam, pod wejściem stanęło dwóch dosyć dziwnych jegomościów. Jeden był wysoki i potężny, a do tego nosił zbroję, a drugi niski, w czerwonej pelerynie. Wyszedł im naprzeciw mężczyzna w niebieskim mundurze. Przedstawił się jako Roy Mustang. Spojrzał na mnie (stojącą na środku i gapiącą się na nich) a potem również oni się na mnie spojrzeli. "Eto..." - wydukałam zmieszana. Nie wiedziałam za bardzo co powiedzieć, a moje nogi zrobiły się ciężkie jak z ołowiu, więc ucieczka nie wchodziła w grę. "Ty jesteś..." - powiedział Roy wymuszając na mnie wyjawienie swojego imienia. Jednak w tym momencie, do mojego mózgu przestała dopływać krew. "Bezdomna." - wypaliłam. Kiedy już zdałam sobie sprawę co powiedziałam, moja twarz spiekła się jakbyśmy siedzieli w saunie. "Taka kompromitacjaaa" - pomyślałam chcąc zapaść się pod ziemię. "Dlaczego to powiedziałaś idiotko!" - karciłam siebie w myślach. "Możesz iść z nami jak chcesz." - powiedział Mustang bez cienia emocji. Nie powiem, zaskoczyło mnie to. "O-okej..." - wydukałam i ruszyłam za nimi. Przeszliśmy przez plac i różne korytarze, aż trafiliśmy do jego biura. Usiedliśmy przy stoliku, na kanapach stojących blisko okna, naprzeciw biurka. Rozmawiali o jakichś rzeczach, których kompletnie nie rozumiałam, potem nawet wtrącił się jakiś inny mężczyzna w mundurze który przedstawił się jako Hughes, czy jakoś tak. Kiedy w końcu wszyscy sobie poszli. Mustang założył nogę na nogę i spytał się mnie wprost, co się stało. Powiedziałam mu, w końcu przygarnął mnie pod swój dach na ten moment. Nikt inny pewnie nie zwróciłby na mnie uwagi. Uznał, że mogę tu zostać, skoro nie mam się gdzie podziać.

Normalnie czas spędzałam siedząc na jego kanapie i leniuchując. Z czasem zaczął przynosić mi jakieś jedzenie, a kiedy zasypiałam na jego kanapie przykrywał mnie kocem. Lubiłam zaglądać przez oparcie na niego, podczas pracy. Czasami się obijał i wtedy przychodził do mnie wypić herbatkę albo razem coś zjeść. Przesiadując w nim dniami i nocami, polubiłam jego gabinet. Nawet pewnego razu zdałam sobie sprawę, że coś do Roya czuję. Jednak pojawiła się przeszkoda, Riza Hawkeye. Zwykle miała zimne oblicze i nie okazywała jakichś szczególnych emocji, ale widziałam jak się na niego patrzyła...Inaczej niż na mnie czy swoich współpracowników. To jak blisko niego się nachylała, żeby wyjaśnić mu coś w papierach, zaczęło mnie drażnić. Wyglądała trochę jakby sama nie była pewna, czy chce coś zaczynać. Pewnego dnia wzięłam ją na stronę i jasno wyraziłam swoje uczucia. "Zależy mi na Royu. Kocham go i wiem czego chcę. A ty?" - spytałam prosto z mostu. "Możliwe że ja też. I co teraz zrobisz?" - odparła. "Będę o niego walczyć." "Niech sam zdecyduje którą z nas wybierze." - powiedziała protekcjonalnym tonem i odeszła. Czułam, jakby w ogóle nie uważała mnie za konkurencję. Wkurzyło mnie to, ale miałam nadzieję że na końcu to ja wygram.

Pewnego dnia wróciłam do jego gabinetu, niosąc kilka kawałków ciast spakowanych w papier, bo nie wiedziałam jakie mu zasmakuje. Nie zapukałam...i po prostu weszłam do środka. Zobaczyłam Rizę nachylającą się nad nim, nie miała swojej górnej części munduru, była w zwykłej czarnej koszulce. "P-przepraszam, już nie przeszkadzam" powiedziałam ze zszokowaną miną i cofnęłam się zamykając drzwi. Więc jednak nic do mnie nie czuje...Pomyślałam zdruzgotana, upuściłam ciasto na podłogę i ze łzami w oczach pobiegłam korytarzem przed siebie.

Tymczasem Roy chciał ją dogonić, ale Riza złapała go za rękę. "Dlaczego?" - spytała zimnymi oczami. Jakby miała wyrzuty, że przejmuje się jakąś dziewczynką z ulicy. Nawet się nie obejrzał, wyrwał rękę z uścisku i otworzył drzwi. Zobaczył na podłodze pakunek. Podniósł go i wziął do środka, widząc że dziewczyny nie ma już na horyzoncie. Kiedy usiadł do swojego biurka, Riza była już daleko. "Więc jednak z nią przegrałam..." - pomyślała zniesmaczona i chyba nawet pogodziła się z takim losem. Roy otworzył papier i ujrzał kilka różnych kawałków ciasta, trochę zgniecionych przez to że spadły na ziemię. Postanowił je zjeść, po co miałyby się marnować...a poza tym, pewnie byłoby jej przykro, gdyby ich nie zjadł...

Pech chciał, że przez moją nieostrożność wpadłam na wcześniejszego mężczyznę w zbroi. Spojrzałam na niego, skuliłam się na podłodze i czując bezsilność zaczęłam po prostu ryczeć. "P-przepraszam, nie płacz już, bardzo bolało?" - odezwał się chłopięcy, zdenerwowany głos. "Hę?" - powiedziałam, widząc że nie jest taki straszny na jakiego wygląda. "Nie płaczę przez ciebie..." - dokończyłam lekko uspokojona. Chłopak w zbroi zaprowadził mnie do skrzydła szpitalnego, gdzie czekał ten mniejszy który był z nim wcześniej. Opowiedzieli mi trochę o sobie, ja powiedziałam im co się wydarzyło. "Nigdy go nie lubiłem ale żeby takie rzeczy robić." - powiedział Ed, blondyn z metalową ręką i oczojebną pelerynką. "Nie denerwuj się, na pewno da się to jakoś wyjaśnić..." - uspokajał go jego brat, Al. Który swoją drogą jest młodszy od tego niskiego...zabawne... Wkrótce przyszła również Winry, ich przyjaciółka z dzieciństwa. Wydała mi się naprawdę fajną dziewczyną. W pewnym momencie uznałam nawet, że mogłybyśmy zostać przyjaciółkami. I wtedy jakoś wróciliśmy do tematu... "Nie przejmuj się nim," - chciał dokończyć Al ale mu przerwałam. "On uważa mnie pewnie za zwykłą gówniarę która się go uczepiła! Tak naprawdę nigdy nie miałam u niego szans..." - wykrzyknęłam tak szczerze, że aż zaszkliły mi się oczy.

Mustang dowiedziawszy się że dziewczyna poszła do Elriców, postanowił do niej iść i wszystko wyjaśnić. Stanął przed drzwiami i już chciał zapukać, kiedy usłyszał jej ostatnie zdanie. Po czym po prostu wszedł do środka.
"Czego tu szukasz?" - spytał wrogo Ed. "Przyszedłem porozmawiać z Yu." - powiedział kierując wzrok w moją stronę. Wstałam z łóżka i z miną wyrażającą zimną złość (a przynajmniej taką starałam się utrzymać) stanęłam przed nim patrząc się prosto w jego ciemne oczy. "Więc mów." "Na osobności..." - dodał. "Ależ nie trzeba. Nie mam przed nimi tajemnic. Możesz śmiało mówić." - powiedziałam wiedząc jakie to wredne z mojej strony. Każdy potrafi szeptać miłe słówka kiedy jest sam na sam z jakąś osobą, ale czy potrafi cokolwiek przyznać przed innymi? "Przepraszam za tamto...Jeśli...poczułaś się w jakiś sposób urażona..." - dukał. "Urażona?!" - wybuchłam. "Myślałam....że mam u ciebie jakieś szanse! A ty się z nią obściskiwałeś, nawet nie zamknąłeś drzwi na klucz!" - wykrzyczałam mu w twarz z żalem. "Między nami do niczego nie doszło. Nie powinnaś osądzać ludzi tak łatwo." - odparł patrząc w bok. "Nic już nie rozumiem." - odsunęłam się od niego. "Co ty właściwie do mnie czujesz? Kim ja dla ciebie jestem?" - spytałam patrząc się na niego w napięciu. W moich oczach były strach, nadzieja i mieszanina wielu innych emocji kumulujących się w mojej głowie. Cisza wprowadzała ciężką atmosferę, wszyscy byli teraz zwróceni w stronę Roya, wyczekując jego odpowiedzi. "Ja...Możliwe że coś do ciebie czuję..." - oznajmił patrząc mi się w oczy. Wykryłam w nich szczerość, ale widocznie nie potrafił powiedzieć mi niczego wprost. Czyli mam na ciebie poczekać? - pomyślałam lekko podniesiona na duchu. "Dobrze, więc poczekam." - powiedziałam i wyszłam z pokoju. Nie zastanawiałam się nawet gdzie idę. Chciałam dać mu trochę czasu do namysłu, ale przede wszystkim chciałam żebyśmy zostali sami. Może wtedy odważy się wyznać mi coś więcej. Nie myśląc gdzie zmierzam, trafiłam do gabinetu Mustanga. To już chyba przyzwyczajenie...zawsze kierowałam się do jego biura bo czułam, jakby to był mój nowy dom. Widocznie Roy wpadł na ten sam pomysł co ja, bo po chwili również się tu zjawił. Odwróciłam się do niego powoli utrzymując kontakt wzrokowy, zbliżyłam na tyle że musiałam lekko odchylić głowę i powiedziałam "Kocham cię". W tej chwili nie oczekiwałam od niego zbyt wiele, ale on jak zwykle mnie zaskoczył. Zdjął "płomienne" rękawiczki, po czym położył swoją dłoń na moim policzku. "Ja ciebie też" - powiedział i nachylił się żeby mnie pocałować. Odwzajemniłam to. Czułam się naprawdę błogo. Przepełniało mnie szczęście. Chciałam żeby te relacje nigdy się nie zmieniły...

"Może pora zmienić miejscówkę?" Powiedział do mnie tego samego dnia wieczorem. "Dam ci miejsce, do którego możesz wracać." - dodał. Na jego twarzy malowała się pewność siebie. "Co masz na myśli?" - zapytałam będąc święcie przekonaną, że takim miejscem jest jego gabinet, w którym nawet nocowałam, jak mi się przysnęło... Zwykle było późno kiedy Roy kończył pracę, więc w tym czasie zdążyłam zasypiać. A kiedy rano z powrotem przychodził, ja jeszcze byłam w głębokim śnie. "Zabieram cię do mojego domu. Nie masz chyba zamiaru spędzić tutaj reszty życia?" - zapytał z ironicznym uśmieszkiem. Również się uśmiechnęłam i wyszliśmy. Będąc na miejscu, poczułam trochę jakby to miejsce było niezamieszkane. Do domu wracał tylko na parę godzin się przespać, więc praktycznie w nim nie bywał... Usiadłam na łóżku, jako że był już wieczór. Kiedy powiedział że idziemy do jego domu, wiedziałam że faceci mają swoje potrzeby...ale nie sądziłam że dojdzie do tego tak szybko... Dopiero co się do niego "wprowadziłam" a już śpimy w jednym łóżku! Tylko czekałam na moment kiedy zacznie się do mnie dobierać, ale on nie zrobił nic takiego. Przytulaliśmy się tylko, a jego ciepło dawało mi poczucie bezpieczeństwa.

Następnego dnia chciałam odwiedzić Ala, Eda i Winry. Okazało się, że Ed był już w swoich normalnych ubraniach, zupełnie zdrowy. Cała trójka wybierała się teraz do Rush Valley, miasta protez (niebo dla Winry swoją drogą). "Czyli wyjeżdżacie...kiedy wrócicie?" - zapytałam zasmucona. Dopiero co zdobyłam nowych przyjaciół, a oni już mnie opuszczają..."Nie wiemy, może to potrwać parę dni, a może się przeciągnąć do paru tygodni. Zależy." - odparł blondyn. "Aha..."
Odprowadziłam ich pod mury Centrali i pomachałam z uśmiechem na pożegnanie. Za zewnątrz miałam uśmiech, ale w środku wciąż było mi trochę smutno. Jednak nadal pozostaje mi Roy, z którym coraz lepiej mi się układa.