09 stycznia 2016

Likier nie osłodzi pustki ★4

Cisza.
Dopiłem ostatni łyk herbaty i umyłem szklankę. Nie jestem pewien czy powinienem nazywać to szklanką, jako że jest cała czerwona. Może bardziej kubek? Chyba tak. Rozmyślania na temat kubka...mi się wydaje, czy mój mózg zaczyna się serio nudzić?
Machinalnie zarzuciłem na siebie kurtkę z czerwonym futerkiem i wyszedłem z domu. Tak po prostu. Uznałem ze muszę uwolnić się od tych czterech ścian, zanim zaczną się do mnie przybliżać. Od momentu w którym cała ferajna postanowiła znowu zniknąć, pozostało mi tylko zimne myślenie.
Na dworze było chłodno, a jedyne źródło światła pochodziło od latarni. Po włożeniu rąk do kieszeni, moje zziębnięte palce odkryły, że w środku znajduje się stal. Dokładniej żyletki. Sam nie jestem pewien, czemu trzymałem je w takim miejscu. Chyba nosiłem tą kurtkę za czasów gdy jeszcze uczęszczałem do szkoły. Tuż przed tym, jak uznałem że nigdy nie wrócę do tych bezczelnych potworów nazywających siebie uczniami, ciąłem się praktycznie na każdej przerwie. Siedzenie wśród tłumów było raczej nie w moim stylu, nie znosiłem ich ohydnych, osądzających spojrzeń. Gapili się jakbym był jakąś anomalią, śniegiem padającym w środku lata. To było na tyle nieznośne, że wolałem ten czas przeznaczyć na dorabianie sobie blizn. Widok krwi uspokajał mnie na tyle, że po wyjściu z łazienki nie musiałem okazywać już żadnych emocji. Zresztą gdybym okazał słabość, pewnie skończyłbym jak te biedne ofiary gnębicieli, niewinne osoby które upadły pod naciskiem społeczeństwa. Na szczęście miałem na tyle rozumu, żeby trzymać się z boku i jednocześnie nie dać sobie w kaszkę dmuchać. Pamiętam jak pewnego dnia podszedł do mnie jakiś kolo, wyglądał na takiego co szuka zaczepki. Skończyło się tak, że to ja mu groziłem nożem, a nauczyciele uznali że to JA jestem winny. To były tylko małe draśnięcia...w porównaniu z tym co robię sam sobie. Mimo wszystko nikt od tamtego czasu się do mnie nie odzywał, ludzie pewnie uznali że jestem nieobliczalnym psycholem. No cóż, dużo się nie pomylili. Nie żeby mnie to obchodziło, czy coś.
Stanąłem przy fontannie, na placu. Łał, dosyć daleko zawędrowałem. Jak się tak intensywnie myśli, to czas leci jakoś szybciej. Postanowiłem przysiąść sobie na krawędzi. O tej godzinie przewijało się tędy raczej mało ludzi. Zapatrzyłem się na dłuższą chwilę w wodę...nawet ona żłobi swoje koryto. Zostawia jakiś ślad. A co zostanie po mnie? Moja rodzina umrze, potem ich dzieci i koniec końców nikt nie będzie o mnie pamiętał. Ścisnąłem mocniej żyletkę między palcami. Wyjąłem ją, podciągnąłem rękaw i zrobiłem szybki, mocny ruch. Rana była naprawdę głęboka, aż przez chwilę poczułem osłabienie w nadgarstku, jakby ciało chciało mi przekazać że przesadziłem. Wprawdzie nie sądziłem że trafię na nową, myślałem że to będzie raczej jedna z tych zużytych, stępionych. Kilka kropli krwi skapnęło na marmur, potem uniosłem dłoń nad falującą wodą, żeby życiodajny sok połączył się z nią. Chyba nie do końca o zostawianie takiego śladu mi wcześniej chodziło... Nagle usłyszałem okrzyk zaskoczenia. Obejrzałem się w jego kierunku. To co ujrzałem, okazało się być blondynem w okularach, owiniętym czerwonym szalikiem. No bez przesady, aż tak zimno chyba nie jest. Podbiegł do mnie z przerażeniem w oczach.
- Roppi-san, prawda? Chodziliśmy kiedyś do jednej klasy, P-pamiętasz mnie? - zapytał jednocześnie łapiąc moją rękę i obmywając ją wodą z fontanny. - Ach, co ja robię! Ta woda na pewno jest brudna! - wykrzyczał zażenowany podjętą akcją. - Powinieneś iść do domu i to przemyć, a potem zabandażować. Masz bandaże w domu? - zadał kolejne pytanie, zapominając o poprzednim. Miałem wrażenie że nie mam tu w ogóle prawa głosu, mimo że zadawał mi tyle pytań.
- Sory ale nie pamiętam cię. I tak, mam bandaże. - Odburknąłem wyrywając rękę z uścisku. Mój wzrok powędrował w stronę domu. Bo tam własnie chciałbym się znaleźć. Zauważyłem zmianę ekspresji na jego twarzy, kiedy powiedziałem ze go nie pamiętam. Nie jestem pewien, czy zrobiło mu się smutno, czy głupio.
- Nazywam się Tsukishima. Jak już mówiłem, chodziliśmy razem rok do klasy. - odpowiedział cicho, unikając mojego wzroku. No tak, trudno spamiętać mi wszystkie osobniki z jakimi się w życiu zetknąłem. Zwłaszcza że wszystkie były bezwartościowe i niewarte najmniejszej mojej uwagi. No i w Japonii przecież ludzie w klasach są losowani co roku. Nic dziwnego że nie pamiętam blondyna. Zastanawia mnie tylko...skąd on pamięta mnie?
- Okej, Tsuki. To ja już spadam. - uciąłem naszą rozmowę wstając, naciągając z powrotem rękaw i odchodząc.
- P-pa! - odkrzyknął niepewnie. Chyba zraniłem jego uczucia, czy coś. Pff, też się samarytanin znalazł. Dlaczego musiałem mieć takiego pecha i spotkać kogoś "znajomego" akurat w momencie kiedy zachciało mi się to robić? I co on właściwie robił tak późno w nocy na ulicy?

A co cię to w sumie obchodzi. Trzeba było nie wyściubiać nosa z domu.

Niby racja. Ale najwidoczniej potrzebowałem orzeźwienia, skoro zacząłem mieć haluny.

Dalej będziesz je mieć, nie łudź się.

Dzięki za wiarę we mnie...

Jestem tobą idioto. Jak chcesz żeby ktoś serio się tobą zainteresował, to może zajmij się tą blondyneczką?

Tsukim? Nie, nie obchodzi mnie za bardzo. To tylko kolejna osoba na mojej drodze, która mnie zostawi. Prawdopodobnie nie spotkamy się już nigdy więcej.

Nie mów tak! Może jakbyś częściej chodził po mieście...

I częściej miewał takie głupie incydenty...

...zdobył byś jakichś przyjaciół!

Przyjaciół? Dobre sobie, Nikt nie pokocha takiego kapcia.

- Kapcia? - prychnąłem śmiechem na głos. Jestem beznadziejnym przypadkiem. Rozmawiam sam ze sobą i nazywam się jakimiś przedmiotami. Gorzej być nie mogło...

Po przyjściu do domu obmyłem ranę, bo faktycznie jeszcze jakieś zakażenie by mi się wdarło, po czym obtoczyłem dłoń bandażem. Nie chciałem mieć całej pościeli i mebli we krwi...poza tym istnieje mniejsze ryzyko, ze jeszcze bardziej się uszkodzę. Celowo oczywiście.
Po paru godzinach, kiedy leżałem na swoim łóżku i chciałem podeprzeć się ręką, poczułem pieczenie. Pewnie będzie tak jeszcze przez około 3 dni...no, może nawet nie. Sięgnąłem na swoją szafkę po likier. Odpiłem parę łyków by osłodzić sobie ból, i trochę go przytępić. Czułem że taka mieszanka będzie mieć konsekwencje w postaci koszmarów nocnych. No cóż...