12 sierpnia 2016

Likier nie osłodzi pustki ★8

Obudziłem się jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem. No dobra, nie oszukujmy się, dla normalnych ludzi to środek nocy. Przez dobre 10 minut starałem się wstać z łóżka. Nie sturlać, nie zwlec, wstać. Kiedy już mi się to udało, udałem się do łazienki. Przechodząc przez salon zapatrzyłem się na kanapę, przypominając sobie co wydarzyło się parę godzin temu. Spojrzałem w lustro, opierając się na umywalce. Rozczochrane włosy, dalej ta sama piżama, worki pod oczami. Norma. Chociaż nie, zaraz...coś jest nie tak. Moje oczy mają jakiś inny wyraz? Sam zdziwiłem się na ten widok. Ech, to wszystko przez Tsukiego...tylko namieszał mi w głowie. Zresztą, byliśmy pijani, nie wiem nawet czy będzie pamiętał co zrobił. Ja na pewno nie zapomnę, dalej obolałe ręce zaczęły powoli sinieć. Fioletowy...tak myślałem. Takich dużych sińców nie miałem chyba nigdy w życiu. W ogóle dzięki brakowi ruchu prawie nigdy nie pojawiały się na mojej skórze. No bo niby od czego? Na pewno nie od spania w miękkiej pościeli.
Przesiedziałem resztę nocy i ranek przed telewizorem, a potem przeniosłem się na parapet w kuchni. Co chwilę zerkałem na ulicę, jakby czegoś wypatrując. Czy ja...na kogoś czekałem?

Och, czyli jednak go lubisz! Czekasz na niego! W końcu powiedział że przyjdzie jutro.

Wcale nie czekam. Tylko obserwuję co się dzieje za oknem, to wszystko. Nie chcę go widzieć i on pewnie nie chce widzieć mnie.

Założę się że nie przyjdzie.

Ja myślę że przyjdzie! Tsuki nie jest kimś kto by tak po prostu złamał słowo!

Ta rozmowa jest bez sensu.

Oho, Intuicja. Balowałeś że wróciłeś dopiero teraz?

Ech...co ja wyprawiam. Czekam w oknie jak Roszpunka, wypatrując swojego księcia. Głupota. Zrobiło się już ciemno...dlaczego ja tu w ogóle dalej siedzę? Prychnąłem jak obrażony kot i zeskoczyłem z parapetu. No tak, to pewnie było jednorazowe. Pewnie zdał sobie sprawę że kogoś takiego jak ja najlepiej zostawić. Po co miałby to ciągnąć, dalej w to brnąć? Pewnie teraz jest mu wstyd i żałuje że zrobił coś takiego. Albo zostanie abstynentem, to by było do niego podobne. Zwłaszcza po tej historii życia którą mi wczoraj zapodał. Chyba zdążyłem sobie narobić nadziei że tu wróci. Ewentualnie odstawi coś podobnego jeszcze raz. Jak to mówią, nadzieja matką głupich. Powinienem się już przyzwyczaić że wszyscy w końcu odchodzą. Jedni szybciej, inni później, ale każdy cię na końcu zostawi. Tsuki powinien dostać porządnego kopniaka w twarz za bawienie się czyimiś uczuciami. Nie ode mnie oczywiście, bo pewnie już się nie zobaczymy. Przecież mnie porzucił, nie?

Podczas kolejnych dni powoli wracałem do swojej "normy". Trawił mnie gorzki posmak porażki, straty. Znowu miałem dość wszystkiego. Podupadłem na zdrowiu psychicznym jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe. Czasami rozmawiałem z tą depresyjną stroną siebie, wiadomo z jakim skutkiem.



Pewnego dnia stałem sobie jak gdyby nigdy nic w kuchni, rozmyślając o tym jakie to życie beznadziejne, gdy ktoś zapukał do drzwi. Spojrzałem się w tamtą stronę, ale nie otworzyłem. Nie ruszyłem sie z miejsca. Wpatrywałem sie tylko w drzwi. Ktoś zapukał jeszcze raz. Zacząłem się zastanawiać...czy ja w ogóle zakluczyłem drzwi? Nie pamiętam żebym to robił...ktoś zapukał jeszcze raz i nacisnął na klamkę. Niech mnie szlag trafi, zapomniałem zakluczyć. Teraz już chyba rozumiem dlaczego ludzie to robią. Ciemne drewno odchyliło się, a za nim ukazała się blond czupryna.
- R-roppi-san? - zapytał niepewnie, dalej stojąc za progiem. Dalej się tylko na niego patrzyłem, a jedyne co widziałem to zdrajcę. Po co tu przyszedł, che mnie dobić?
- Wyjdź. - rozkazałem stanowczym tonem, patrząc się w jego oczy. Kontakt wzrokowy przeciągał się wyjątkowo długo jak na mnie. - Wyjdź. - powtórzyłem i spojrzałem na podłogę, jakby nie miał już wyboru, bo zakończyłem rozmowę która się nawet nie zdążyła zacząć.
- T-technicznie nie j-jestem w środku...więc n-nie mogę wyjść. - a więc jąkanie wróciło? On sie czuje winny czy coś? W sumie powinien. To jego wina że teraz go tak traktuję. Chociaż gdyby tak pomyśleć, nic się nie zmieniło. Od samego początku taki dla niego byłem. Zignorowałem jego tekst, czekając aż sobie pójdzie. Na większość ludzi ignorowanie ich działa. Tylko że już zdążyłem się przekonać że on nie jest jak większość. Jest taką samą abominacją jak ja.
- M-mogę wejść? - odezwał się po długiej ciszy. Czyli nie zrezygnował... - Proszę? - dodał po chwili. Miałem ochotę podejść tam i zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, zakluczyć je na dwa razy i udać że go tam nigdy nie było. Z tym że ostatnim razem to nie podziałało. Dlaczego więc teraz miałoby zadziałać? Blondyn najwyraźniej uznał ze brak odpowiedzi oznaczał "tak" i zrobił krok do środka. Delikatnie zamknął za sobą drzwi i zaczął zbliżać do mnie. Stanął naprzeciwko mnie.
- P-przepraszam... - zaczął ze spuszczoną głową. Na nic mi jego przeprosiny, mam dość patrzenia na jego twarz, albo chociaż przebywania w jednym pokoju. Emocje powoli zaczynały buzować w mojej głowie. Na zewnątrz pewnie dalej miałem to znudzone spojrzenie co zawsze.

Weź nóż, jest tuż za tobą.

Usłyszałem głos. Bez namysłu zrobiłem co mi mówił, odwróciłem się powoli i złapałem narzędzie.

A teraz go dźgnij. Niech zapłaci.

Przeszły mnie ciarki. Naprawdę tego chciałem? Jego śmierci? Czy po prostu musiałem się wyżyć?

ZRÓB TO!

Usłyszałem krzyk, impuls sprawił że momentalnie odwróciłem się i zamachnąłem na Tsukiego. To było nieprzemyślane z mojej strony. Blondyn złapał moją dłoń zaciśniętą na przedmiocie. W pierwszej chwili na jego twarzy było zaskoczenie, ale szybko zmieniło się w ten poważny wyraz twarzy który miał kiedy opowiadał mi o sobie. Widziałem jak jego wzrok przeszywa mnie na wylot. Wypuściłem nóż z ręki, spadł z brzdękiem na podłogę. Zamieniliśmy się rolami. Jego spojrzenie było przerażające, momentalnie przeszyła mnie niepewność i strach. Chciałem odsunąć się do tyłu, ale zaraz za mną był blat wiec nie wiele mi to dało, w dodatku on nadal trzymał moją dłoń w powietrzu.
- Co ty wyprawiasz? - zapytał spokojnie, aczkolwiek z wyrzutem w głosie.
- Ja...to nie ja...- zacząłem szeptać, prawdopodobnie bez sensu z jego punktu widzenia. Nie wiedziałem jak mu to wytłumaczyć. Co, miałem mu powiedzieć ze słyszę głosy? Że namawiają mnie do różnych rzeczy? Równie dobrze mogę od razu udać się do wariatkowa. Nie wiedząc jak z tego wybrnąć, zdenerwowałem się jeszcze bardziej. Poczułem że robi mi się gorąco, zacząłem się pocić. Po chwili jednak zrezygnowałem z jakichkolwiek tłumaczeń. Trzeba było tu nie przychodzić, ot co. To by się nie wydarzyło, a każde z nas żyłoby sobie jak dawniej.
- Przyszedłem tu żeby cię przeprosić, że nie przyszedłem. - odezwał się, dalej tym samym tonem. - Musiałem wyjechać na tydzień, a dowiedziałem się tego na ostatnią chwilę. Chciałem cię jakoś powiadomić ale nie miałem jak, myślałem że zrozumiesz. - Czyli mnie nie porzucił? A może to tylko wymówka, następna historyjka? Dlaczego on w ogóle zakłada że zaufam jego słowom?
- Czekałem. - odpowiedziałem z pogardą. - A ty nie dałeś znaku życia. Myślisz że jak się wtedy poczułem, zwłaszcza po tym co się stało? - wybuchnąłem oskarżycielskim tonem. Mój strach gdzieś uciekł, teraz znowu byłem na niego zły. Tyle emocji...chyba zaraz rozboli mnie głowa.
- Jak już mówiłem, nie miałem jak się z tobą skontaktować. Uwierz mi, chciałem, ale nie mogłem. - wymówki wymówki. To nie ma znaczenia. Nie przyszedł, koniec tematu.
- Czy tamto coś w ogóle dla ciebie znaczyło? - kontynuowałem. Sam byłem zaskoczony jaki się nagle stałem rozmowny. Na jego twarz znowu wpłynęło zaskoczenie.
- A co, myślisz że całuję byle kogo?
- Byłeś pijany, po prostu przyznaj że to był przypadek, błąd, cokolwiek! - wykrzyknąłem. Odwrócił wzrok. Był niepewny swoich uczuć, zupełnie jak ja. Tylko że ja z moim jakże optymistycznym punktem widzenia, uznałem że to koniec. To był koniec już wtedy, po chwili kiedy się ode mnie odsunął.
- Nie chciałem żeby to tak wyszło... - powiedział zażenowany. - Ale to nie znaczy że to było dla mnie kompletnie nic. - na powrót zajrzał w moje oczy. - Intrygujesz mnie, chciałbym cię lepiej poznać, dowiedzieć czym się kierujesz... a tamto... to było... byłem po prostu ciekawy jak zareagujesz, ale z drugiej strony ... - był ciekawy jak zareaguję? Najgorsza wymówka świata! Niech on się zamknie bo mnie zaraz szlag trafi. - coś mnie do ciebie ciągnie.
- Ta, kolejna ze wspaniałych właściwości alkoholu. - powiedziałem z pogardą odwracając znowu wzrok. Czułem się okropnie. Znaczy, nie oczekiwałem od niego uczuć czy czegoś takiego, ale to co powiedział było chyba najgorszą rzeczą jaką mogłem usłyszeć. Mam dość, niech on mi zniknie z oczu.
- Roppi... - tym razem bez "san"? Ktoś tu się chyba za bardzo rozpędził. - To nie do końca tak. Nie wszystko jest albo czarne albo białe wiesz? Alkohol tylko wydobywa uczucia które już są w tobie.
- Skończ już. Mam dość. Rozumiem jeszcze mniej niż przedtem... - powiedziałem chcąc się wyrwać. Blondyn się zniecierpliwił, przewrócił oczami i szybko przysunął się do mnie próbując mnie pocałować. To mnie tylko jeszcze bardziej rozjuszyło, zacząłem się wyrywać.
- Czujesz to prawda? - Wykrzyknął desperacko. - Też to czujesz, prawda?
- Zostaw mnie w spokoju! - wykrzyczałem tak głośno jak potrafiłem, prosto w jego twarz. Na chwilę rozluźnił uścisk, a ja wykorzystałem to i się wyrwałem, uciekając jak najdalej od niego.. - Wynoś się stąd! I nigdy nie wracaj! - Krzyczałem na niego z drugiego końca pokoju, zza kanapy.
- Ja...R-roppi...j-ja...p-przepraszam...
- Wynoś się! - kontynuowałem. Byłem prawie pewien że moi sąsiedzi to usłyszeli. - Idź i nie wracaj! Nie chcę cię widzieć! - w jego oczach pojawiły się łzy.
- J-ja przepraszam! Roppi, ja to naprawię! Przepraszam! - chyba zdał sobie sprawę ze wszystko pogorszył.
- Wynocha. - odburknąłem przez zęby. Jedno moje spojrzenie wystarczyło, żeby spuścił głowę i wyszedł. Czym prędzej dobiegłem do drzwi i zakluczyłem je na dwa razy. Zsunąłem się na ścianę, skulony. Czułem jak krew szybko płynęła w moich żyłach, moje serce łomotało o żebra. Schowałem dłonie w rękach. Co to? Moja twarz jest wilgotna? Kiedy to się stało? Dla...dlaczego... płaczę? Darując sobie kolejne retoryczne pytania, po prostu dałem im płynąć. Teraz kiedy adrenalina opadła, poczułem jak moja głowa pulsuje. Ból zdecydowanie nie pomagał w uspokojeniu się. Postanowiłem przenieść się na łóżko. Skuliłem się i płakałem. Tak długo, aż zasnąłem.









__________________________________________



Ale mnie wena złapała! Niech mnie koń kopnie! Albo może nie, to raczej bolesne... Aż dwa rozdziały, no normalnie cud. Ja nie wiem co mi się stało XD
No to...następny rozdział za pół roku! XD

Postaram się ogarnąć ten i poprzedni rozdział jeszcze jakoś dzisiaj (pod względem błędów), a na razie zostawiam was z takim surowym i niesprawdzonym(na wszelki wypadek, kto wie czy w końcu poprawię te błędy czy nie xD).

Mam nadzieję że się podoba, jeśli tak to zachęcam do zaznaczenia reakcji, a jeśli nie to i tak XD No i przede wszystkim zachęcam do pisania komentarzy, zawsze cieszą i dają motywację :D

(a i trzeciego rozdziału z rzędu raczej nie będzie, aż takiej weny nie mam XD)
Paa~~Bawcie się dobrze przy czytaniu }:D Paaa~