21 maja 2016

Likier nie osłodzi pustki ★6

Moje własne myśli mnie kiedyś zabiją... - pierwsza tuż po obudzeniu myśl wkradła się do mojego umysłu, a wraz z nią dudniący ból głowy.
- Uch... - zajęczałem. Nie przypominam sobie żebym uderzył się w głowę...no cóż, to pewnie skutki uboczne mojego trybu życia. Próbowałem się podnieść, ale grawitacja w połączeniu z pulsującą w moim mózgu krwią, sprawiła że tylko obiłem się o poduszkę. Trochę minęło zanim zorientowałem się co się stało. Spojrzałem na swoje nadgarstki. Te nacięcia...takie głębokie...a jednak żyję? Tym razem poderwałem się i rozejrzałem dookoła. Krew była wszędzie, na pościeli, na ubraniach, no i przede wszystkim na moich rękach. Czułem się wyjątkowo słabo, ale wiedziałem że jak się nie ogarnę, to mi się tylko pogorszy. Pierwsze co zrobiłem to skierowałem się do łazienki, razem z bandażami które zgarnąłem niechlujnie z szuflady. Oczywiście, jak na złość rozwinęły się po drodze, co najmniej do połowy... a, nieważne. Obijając się o framugę pokoju, a potem o ściany, dotarłem do łazienki. Ściągnąłem koszulkę i rzuciłem ją gdzieś na podłogę, po czym zacząłem myć ręce. Nie było to zbyt przyjemne i zdecydowanie wolałbym ominąć ten krok...ale jak mus to mus. Kiedy uznałem że jest już dobrze, wytarłem ręcznikiem tyle ile się dało, tak by nie umoczyć go od krwi która na nowo zaczęła płynąć, po czym zawinąłem je bandażami. Z prawą ręką było trudniej, zwłaszcza że to miejsce zwykle omijałem. Nie wiem co mnie podkusiło żeby... albo... kto... zamarłem. Potrząsnąłem głową. Nie myśl o tym...nie myśl o tym! - skarciłem się w myślach. W każdym razie teraz pora coś zjeść. Zignorowałem fakt że nadal miałem na sobie pobrudzone od krwi spodnie i skierowałem się do kuchni. Jak dobrze że zrobiłem zakupy... Ostatkami sił przygotowałem zupkę chińską i usiadłem do stołu. Już prawie kończyłem, kiedy w mojej głowie rozległ się dźwięk domofonu. Zaraz...to nie w mojej głowie! Ktoś naprawdę dzwoni mi do drzwi. Przez chwilę siedziałem oniemiały i analizowałem sytuację. Matka nie dzwoniła żeby oznajmić swoje przyjście, niezapowiedziana raczej nie przychodzi. Pewnie nawet gdyby coś ważnego się stało, zadzwoniłaby i nic więcej. Listonosz odpada...przecież nikt nie pisze do mnie listów. Nie zamawiałem nic przez internet... - wymieniałem różne opcje usilnie starając się zignorować tą, która najczęściej przychodziła. Otworzyłem drzwi z niemałym zdziwieniem i ujrzałem blond okularnika. A on ujrzał mnie. Półnagiego, ubrudzonego krwią, prawdopodobnie z dołami pod oczami...musiałem wyglądać jak trup. Widziałem jak mnie zlustrował i lekko osłupiał.
 - D-dzień dobry...Roppi-san. - wydukał jawnie zakłopotany zaistniałą sytuacją. Zdziwiło mnie to, że nie zaczął wokół mnie skakać tak jak przy naszym pierwszym spotkaniu. W końcu nie trzeba było być Sherlockiem, żeby wiedzieć co tu się wydarzyło. Bez słowa zatrzasnąłem mu drzwi przed nosem i zamknąłem na klucz, coby mu do głowy jakieś głupie pomysły nie wpadły. Typu "wejdę ci do domu" albo "zaopiekuję się tobą"...moje ciało wzdrygnęło się na samą myśl. Aż mi się niedobrze zrobiło. Plus jest taki, że jak na razie głosy nie wróciły. Mogłem w spokoju posprzątać i... no do cholery, przestań gwałcić ten domofon! Warknąłem pod nosem zirytowany. Tak jak przypuszczałem, koleś nie rezygnował. On też ma jakieś rozdwojenie jaźni? Niby się jąka i w ogóle...ale jego zachowanie jest w stu procentach stanowcze. Dziwna mieszanka. Chciałem odegnać od siebie myśli o Tsukishimie, ale nie było to łatwe kiedy wciąż dzwonił mi do drzwi. Miałem ochotę wyskoczyć przez okno, cokolwiek żeby to tylko przestało...

Może go po prostu wpuść?

Y...nie. Nie. Nie. Nie. Definitywnie nie. Musiałby się tu włamać chyba.

Daj spokój, pewnie chce tylko porozmawiać. Wiem że nie lubisz tego słowa, ale może i pomóc...

ZAMKNIJ SIĘ. - wrzasnąłem. Nie byłem pewien czy mówiłem do głosu dziewczynki czy do chłopaka za drzwiami. W obu przypadkach to podziałało.

Przez resztę dnia miałem już spokój. Zmieniłem pościel, ubrania...odmóżdżyłem się trochę przed telewizorem. Nastał wieczór. Usiadłem na parapecie i wyjrzałem znudzony za okno. Nie zauważyłem nic dziwnego...chociaż miałem wrażenie jakby coś spoglądało na mnie zza krzaka. Przeszedł mnie dreszcz. Chyba zaczynam mieć paranoję...to pewnie tylko jakiś pies albo kot... - uspokoiłem się i dla pewności zasłoniłem okno. Nie żebym je kiedykolwiek odsłaniał...

Przez to ze musiałem sprzątać nie tylko nie nabrałem energii, ale czułem że jest jej na minusie. Najwyraźniej pora iść spać... i śnić o zaczarowanym lesie. Albo o niczym. Tak, pustka...tego mi teraz trzeba.




___________________________________________________________

Jest i nowy rozdział!~ Yay~ Tym razem szybciej niż ostatnio ;P No i ten rozdział krótszy...niestety. Uznałam że lepiej jest dawać krótkie po kawałku, bo potem nie dokańczam tego zbyt długo i nie wiem co właściwie chciałam zrobić :P W każdym razie już powoli kreuje się postać Tsukiego, mogę tylko powiedzieć że będzie dosyć niestandardowa jak na niego }:D Ale cóż, dowiecie się wszystkiego w następnym rozdziale...chyba. Papatkii~

______________________________

Edit:
Przyszłam tylko jeszcze podrzucić jedną piosenkę która myślę że pasuje :D Skillet - Madness in me