24 lutego 2015

★To takie ironiczne.(Izaya i Shizuo)★


Izaya - podła pchła ssąca ukradkiem krew swoich wrogów. Tak brzmiała definicja na temat informatora, według Shizuo. Nienawidził go. A jeszcze bardziej nienawidził siebie - za to że dawał mu się podpuszczać za każdym razem. Te wszystkie gangi...nie wiedział dlaczego się na niego rzucały. Może byli głupi - myśleli że w większej ilości uda im się go pokonać. Albo Izaya zapłacił im wystarczającą sumę, by to ryzyko podjąć. Bo z kim jak z kim - z Shizuo nikt nie miał szans. Irytowało go jego spojrzenie, jakby wszystko działo się tak jak zaplanował. Jakby to on pisał scenariusz, a ludzie byli marionetkami które go posłusznie urzeczywistniają. Irytował go też jego okropny uśmieszek wyższości, pojawiający się na jego twarzy zdecydowanie zbyt często i w nieodpowiednich momentach. Ogólnie rzecz biorąc - denerwowało go w nim wszystko. Od czubka nosa, po chude, szybkie nogi na których zwinnie przed nim uciekał. Czasami chciał żeby Orihara nie istniał. Nie mieszał w jego i tak już beznadziejnym życiu...

Mieszkanie Shizuo było właśnie puste. Jego właściciel wybył do pracy, więc teraz nikt nie siedział na małej kanapie ani nie wypalał kolejnego papierosa. Zza okna padało niewyrażne światło, stwarzające miłą atmosferę. Było tam cicho i spokojnie, dopóki...
Drzwi rozwarły się na całą szerokość, trzaskając o ścianę.
- Dobra chłopcy. - powiedział Izaya wchodząc bezpardonowo do mieszkania blondyna i rozglądając się. Za nim weszli jacyś bliżej niezidentyfikowani mężczyzni, którzy nie mieli w tej chwili większego znaczenia. - Shizu-chan się ucieszy, jak to zobaczy. - powiedział ironicznie sam do siebie. Znudziło mu się ganianie po całym mieście, czy nasyłanie na niego jakichś bezużytecznych idiotów.
- Znalazłem! - zawołał któryś z nich z sypialni. Reszta rozpierzchła się po całym, niewielkim mieszkaniu. - Nie było trudno ich znależć, są po prostu w szafie.
Spodziewałem się czegoś lepszego po potworze Ikebukuro... - pomyślał nieco zawiedziony informator, po czym objął wszystkie barmańskie stroje jakie wisiały na wieszakach i razem z nimi zabrał do łazienki. Wrzucił wszystko do wanny a następnie wyciągnął z kieszeni zapalniczkę. "Ciekawe jaką będzie miał minę kiedy to zobaczy..." - pomyślał ze swoim standardowym, radosnym uśmiechem. Chociaż był on nie tyle radosny, co po prostu sadystyczny. Bawiło go ludzkie cierpienie i jak szybko ktoś może przejść ze szczytu na samo gówniane dno. Kolejny mężczyzna podał mu dezodorant. "Był w szafce..." - powiedział przy tym, krótko i zwiężle.
- Nawet potwory potrzebują dezodorantów - powiedział Orihara po czym zaczął się śmiać. Jego wspólnicy spojrzeli na niego z przestrachem, bowiem jego śmiech przyprawiał o ciarki nawet rosyjską mafię. Informator zapalił ogień, po czym - jak wszyscy się domyślili - podstawił dezodorant. Nagle zapłonął ogień, migotający w oczach sprawców i ocieplający znacznie łazienkę w której przebywali. Płomień został skierowany na stroje, Izaya rozkoszował się zapachem palących się ubrań blondyna. Pewnie łatwiej byłoby gdyby polał je benzyną, ale wtedy nie byłoby zabawy, prawda? Kiedy Orihara upewnił się że wszystko doszczętnie spłonęło, wyszedł jak gdyby nigdy nic i skierował się do małego pokoiku łączącego wszystkie inne pomieszczenia. Mała sofa była pocięta, a zawartość wychodziła na zewnątrz. Nie wspominając o pięknym dziele na ścianach - mówiących coś w stylu "jesteś potworem" "wypierdalaj" i inne takie...oczywiście napisane na czerwono. "W sypialni też zrobiłeś?" - zwrócił się do faceta z puszką farby w dłoni. "Ta, naprzeciwko łóżka, tak jak mówiłeś." "Znakomicie" - odpowiedział, sam dziwiąc się sobie że kogoś za coś pochwalił. Chociaż równie dobrze mogłaby to być jego dobra gra aktorska. Teraz skierował się do ostatniego pomieszczenia - kuchni. Na pozór wyglądała zupełnie normalnie...ale. "Zużyłeś całość?" - zapytał ponownie Izaya. "Pewnie" - uśmiechnął się kolejny z nich pokazując pusty pojemnik po ostrym sosie. "Do czego to pododawałeś?" - spytał otwierając lodówkę. "Do mleka przede wszystkim, ale też do jakiegoś pasztetu, dziwnej sałatki z datą ważności sprzed dwóch lat, do pasztetu, do wody w butelce..." "Dobra, wystarczy. Rano kiedy postanowi zjeść płatki z mlekiem, czeka niespodzianka, hehe" - dodał od siebie czarnowłosy. "Pozbyliście się papieru?" "Tak." "Świetnie." - wszystko szło zgodnie z jego planem. "Możecie jeszcze popsikać tą czerwoną farbą na szyby, a potem spadajcie." - polecił im samemu wychodząc z mieszkania. "Chyba o niczym nie zapomniałem, co?" - pomyślał sam do siebie. To będą niezapomniane chwile...

Był już wieczór, kiedy kolejny dzień w pracy się zakończył. Blondyn wracał właśnie do domu, nieświadom że ktoś go obserwuje. Izaya podążał za nim w bezpiecznej odległości, ze swoją małą lornetką w ręku. Heiwajima zastanawiał się po drodze, dlaczego tego dnia Izaya nie pojawił się na jego drodze. Przecież ich zwyczajem było ganianie się po ulicach Ikebukuro...ale nie zaprzątał sobie tym dłużej głowy, chcąc spokojnie wyciągnąć się na łóżku i zapaść w swój niedzwiedzi sen. Zaniepokoił się, kiedy zobaczył że drzwi do jego mieszkania są uchylone. Przełknął głośno ślinę i popchnął je najdelikatniej jak potrafił, żeby przedłużyć moment ich otwierania. Jego oczom ukazało się zdewastowane mieszkanie. Poprzewracane meble, pomazane ściany, rzeczy pozrzucane z półek..."Jakie to dziecinne..." - powiedział do siebie swoim ochrypłym głosem. Naszła go potrzeba chluśnięcia sobie zimną wodą w twarz żeby się uspokoić, bo całymi swoimi siłami starał się nie wybuchnąć. "Spokojnie, ściany przemalujesz, rzeczy poukładasz, a meble poustawiasz z powrotem. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem" - powtarzał sobie w myślach te słowa. Spojrzał na stolik przed rozdziabaną kanapą. Leżała na nim różowa kartka, na której pisało: Dla mojego kochanego potworka. ~Izaya a wokół były czerwone serduszka. "To jakiś pieprzony żart?!" - pomyślał jeszcze bardziej zirytowany. "Izaya...no tak, mogłem się tego spodziewać..." - wymamrotał starając się przywrócić mentalną równowagę. Jednak wszystko szlag trafił, kiedy wszedł do łazienki. Już stojąc w drzwiach poczuł smród spalenizny. Podszedł ze dwa kroki i ujrzał jakieś zwęglone szczątki w wannie. Przez chwilę próbował sobie uzmysłowić, co to właściwie jest...a kiedy wpadł na trop, z szeroko rozwartymi oczami powiedział "niemożliwe!" i pognał do swojej sypialni. Szafa była otwarta na całą szerokość i, przede wszystkim, pusta. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości. Stroje barmana które dostał od swojego młodszego brata szlag jasny trafił. "Cholera!" - zaklął głośno. Tego już było za wiele. Jego nerwy całkowicie puściły. W całym jego mieszkaniu, na klatce schodowej, a nawet na zewnątrz rozbrzmiało głośne, grozne "Iiiiiiiizaaaaaayaaaaa-kuuuuun!" po czym wybiegł z niego jak torpeda. Izaya tylko na to czekał. Stał sobie spokojnie na zewnątrz, ze swoim standardowym uśmieszkiem numer 1 (bo on jest zawsze numerem jeden~). Blondyna niezle zaskoczyło, że sprawca stoi sobie jak gdyby nigdy nic na środku ulicy. Spojrzeli sobie w oczy tak głęboko, że niepotrzebne były żadne słowa. Nienawiść piętrząca się wokół nich, była niemal tak gęsta że można ją było kroić. "Podoba ci się prezent, Shizu-chan?" - zapytał tak jadowitym głosem, że nawet wąż od Ewy i Adama mógł się schować. Jako odpowiedz blondyn rzucił się do pościgu. "Zabiję cię!" - zagroził. "Taa, jasne. Zawsze tak mówisz." - powiedział pewny siebie Izaya, unikając jego ciosu. "A co gdybym tak...zniszczył ostatni z twoich strojów?" - zapytał Orihara, po czym unikając jego ciosów jednocześnie pruł materiał okalający ciało Shizuo poprzez swój wielofunkcyjny nożyk. Heiwajimę rozpierała furia, z każdą bruzdą pojawiającą się na jego ubraniu był coraz bardziej rozwścieczony. Nienawidził Izayi. Nienawidził tego krwiożerczego osobnika żerującego na innych. Nienawidził go bardziej od swojej nadludzkiej siły, ale jeszcze nigdy nie czuł tego tak mocno jak teraz. Miał ochotę zamordować go z zimną krwią, nie, on próbował to zrobić. Teraz kiedy szyderczy śmiech roznosił się po pustej ulicy, starał się go uciszyć już na zawsze. Sprawić żeby pożałował za swoje grzechy. Pozbyć się w końcu tej pijawki. Złość przesłoniła mu poczucie rzeczywistości, jakby w tej chwili nie żywił się powietrzem, a czystą żądzą mordu. Chciał zobaczyć jego mózg pływający po asfalcie, wywalić jego bebechy na wierzch żeby każdy mógł zobaczyć jego obrzydliwe wnętrze. W tym samym czasie, informator rozkoszował się chwilą. Nie był świadom, jak żądne krwi były jego myśli. Nie wiedział też, czy potwór w końcu przestanie na niego naskakiwać i podejdzie go sposobem, czy dalej będzie zachowywać się jak maszyna do zabijania nie potrafiąca się zatrzymać w swym szale. W końcu uznał, że pora zadać mu większe obrażenia, aby orzezwić nieco jego umysł. Wskoczył mu na plecy i szybkim, zręcznym ruchem rozciął mu gardło. Po tym zeskoczył z niego i przyglądał się dalszym wydarzeniom. Blondyn poczuł zimne ostrze na swoim gardle, ale zanim zdążył zareagować krew spłynęła po jego szyi, brudząc podziurawione ubranie. Upadł na kolana trzymając się za gardło. Nie czuł co prawda zbyt dużego bólu, ale był świadomy że czegoś takiego nawet on nie przeżyje. Spojrzał się na Oriharę, wypluł ostatnie resztki krwi jakie pozostały w jego organizmie i padł na twarz. Zaczęła wylewać się z niego kałuża ciemnoczerwonej posoki. "Shizu-chan?" - zapytał Izaya niepewnie. "Shizu-chan?" - zapytał jeszcze raz, podchodząc bliżej. Nie spodziewał się tego. Nie tak miało się to potoczyć. Odwrócił blond głowę w swoją stronę i zobaczył jego brązowe oczy, całkowicie pozbawione życia. "Nie..." - zrobił przerażoną twarz, pierwszy raz w swoim życiu. A potem przeobraziła się ona w przerażający uśmiech. "Nareszcie...hahahahahaha! Nareszcie zabiłem Shizu-chana!" - wykrzyknął w bliżej nieokreślonym kierunku. Wyglądał jakby był teraz w swoim własnym świecie. Jego oczy patrzyły w przestrzeń, ale wyglądały na nieobecne. Śmiał się tak jeszcze długo. Bardzo długo, aż dostał chrypki i nie mógł wydać z siebie żadnego odgłosu. Jego rechot był przerażający, szaleńczy. Gdyby jakieś dziecko go usłyszało, z pewnością posikałoby się ze strachu. Orihara nie będąc do końca świadomym co robi, położył się obok Shizusia, na brudnym asfalcie przesiąkniętym zaschniętą już krwią. "Jak zwykle mnie zaskakujesz...nie udało mi się przewidzieć, że umrzesz od czegoś tak głupiego..." - bełkotał do siebie. Wkrótce na horyzoncie leniwie zaczęło wyłaniać się słońce. Niebo zrobiło się pomarańczowe, a powietrze stało się...jakby bardziej przejrzyste, niż tej nocy.

- Myślisz że dojdzie do siebie? - wystukała na ekraniku Celty.
- Pewnie że tak. - odpowiedział Shinra. - W końcu to Izaya.
- Racja. Ciekawe jak długo będzie się leczył...
- Hmm...na swój dziwaczny sposób był zżyty z Shizuo, więc raczej szybko się nie pozbiera. Szkoda że nie widziałaś w jakim jest stanie...przechodzi chyba jakieś załamanie osobowości, nie wiem, nie jestem przecież psychiatrą...
- Mmm... poszedł w ogóle na jego pogrzeb? Nie widziałam go...
- Nie, na początku lekarze chcieli go zabrać, ale uznali że w takim stanie to mogłoby jedynie pogorszyć sprawę.
- Aha...Och! Własnie sobie coś uświadomiłam!
- Co takiego, moja droga Celty?
- Kto mi teraz będzie dawał zlecenia?!

___________________________________________

Enjoy! Czytałam sobie pewną Shizayę, kiedy z dupy przyszła do mnie wena i powiedziała "ej, mam pomysł! Napiszmy to!" i w ten sposób, w jeden wieczór napisałam to "coś". Ostatnie zdania to taki czarny humor, jakby się ktoś nie połapał :D Wiecie, ma obrazować to że mimo iż byli oni potworami Ikebukuro, nie znaczyli tak naprawdę nic więcej w tym świecie. Heh. To takie ironiczne.
I dlaczego w moich opkach zawsze na koniec wszyscy umierają albo trafiają do psychiatryka?! xD
Uwaga! Nie mam pojęcia jak zatytułować to opko. Przyjmę jakiekolwiek propozycje, tak bardzo pomocy ;-; *chwilę pózniej* przeczytałam swój własny komentarz i..."To takie ironiczne" chyba będzie najlepiej oddawać cały sens nie sądzicie? Oczywiście dalej czekam na jakieś fajne propozycje :3 omg, ale się rozpisałam...to pa!

P.S.Przepraszam ale nie mogę pisać na klawiaturze x + Alt Gr więc zamiast tego pisałam "z" lub "ż". Nie wiem jak to naprawić >.< wyświetla mi się wtedy robienie screena...no, nieważne.