06 stycznia 2017

★Nieśmiertelne marzenie sennego oblicza★

Bóg wybrał naszą dwójkę z całej ludzkości. Jedną kobietę i jednego mężczyznę. Podarował nam nieśmiertelność oraz nadzwyczajne możliwości. Od tamtej pory potrafię tworzyć przedmioty z niczego i równie szybko sprawiać że ich nie ma, zmieniać swój wygląd, ubrania, włosy. Rodzę bezboleśnie, przez cud, niefizyczną materializację. Potrafię porozumieć się z każdym zwierzęciem, oswoić je. Dużo czasu spędzam w wodzie, tworząc nowe "potwory morskie". Tymczasem mój partner przebywa na lądzie, wychowując ludzi. Ludzie, zrodzeni z nas – pierwszych i jedynych istot niezniszczalnych. Słabe kreatury, posiadające możliwość uczenia się i odczuwania emocji, ale jednocześnie posiadające silną intuicję i chęć przetrwania. My zaś wybrani przez Boga, z poprzedniego świata wymazaliśmy ludzkość, wszystko co ludzie stworzyli. Zaczęliśmy od nowa. Na naszych regułach. Szerząc tylko dobro i każąc nieposłuszeństwo i zło. A przynajmniej z takim zamiarem się do tego zabieraliśmy, jednak... Ludzie są nieidealni, często okazywali się być niegodni daru życia. Wtedy przychodziłam by ich srogo ukarać, rozlewając krew własnego potomstwa. Moja władza była absolutna. Mój partner był jedyną podporą dla mojej samotności. Dzięki naszej nieśmiertelności, byliśmy połączeni na wieki. Z czasem stało się to przekleństwem. Po wielu nieudanych próbach naprostowania ludzkości, oddaliłam się by samotnie przemierzać świat. Latami błąkałam się, szukając sensu, próbując się zabić, bezskutecznie. On odnalazł mnie. Zmęczony samotnością, tęskny i pokryty krwią mych tworów, których nazywałam braćmi. W jednej chwili przebaczyłam mu, wiedząc o swojej winie i przyjmując ją do świadomości. Naprawiłam zło, które wyrządził temu światu. Nie potrafiłam przestać go kochać, mimo tych wszystkich złych rzeczy które robił. Potrafił mnie gwałcić godzinami, a potem zabijać każde dziecko jakie się wtedy narodziło. Potrafił siać spustoszenie wśród życia, które tak ceniłam i starałam się chronić. Jednak wybaczałam mu. Naprawiałam jego błędy. Ja gardziłam ludźmi, on w nich wierzył. Ja tworzyłam istoty, on je zabijał. Najwyraźniej takie było nasze przeznaczenie. Był moment w którym próbowaliśmy się razem zabić, jednak to nie poskutkowało. Nieśmiertelność nie jest tak wyrafinowanie ochronna, jak przypuszczano. Często wiąże się z bólem, z krwawieniem przez wiele dni by w końcu się poddać i żyć dalej. Po raz kolejny postanowiliśmy spłodzić dzieci, podjęliśmy tą decyzję wspólnie. Tym razem miało być inaczej. Jednak ludzie wciąż popełniali te błędy co ich poprzednicy. Byli zbyt podobni do Niego. Musieli naładowywać swe ciała przez wyrywanie serc mym braciom i przyjaciołom, przez rozlewanie szkarłatnej cieczy płynącej w ich żyłach. Prowadząc orgie, gwałcąc się nawzajem i krzywdząc. Nawet walcząc między sobą. Dlatego musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Skończyć to. Stworzyłam proces. Każdy dostał karę, na jaką zasłużył. Wyrwałam im serca, pozostawiając je na ziemi by zgniły. Wyprułam im flaki, po czym nakarmiłam nimi niebieską toń. Zabrałam im kości i rzuciłam bestiom by miały ucztę. Zabroniłam jednak komukolwiek zbliżać się do ich serc. Były tak brudne, tak przesiąknięte żądzą mordu i pożądaniem że nie chciałam by to zło zostało przelane do naszego świata. Zrozumiałam, że przez to że sami kiedyś byliśmy ludźmi, nie byliśmy w stanie stworzyć czegoś lepszego. Nie byliśmy Bogiem, bowiem jest on niepowtarzalny i absolutny, dostaliśmy jedynie namiastkę jego mocy. Wtedy zrozumiałam, że problem nie tkwi w naszych dzieciach, lecz w nas. By zmienić świat, najpierw musimy zmienić siebie. On musi zaprzestać rozlewu krwi, a ja muszę zacząć ingerować w wychowanie potomstwa z dużo większym zaangażowaniem, zainteresowaniem. Kontrolując każdy ich ruch, naprowadzając na dobrą ścieżkę ilekroć z niej zboczą. Pilnować, jak niegdyś matki doglądały swych dzieci, bez względu na porę dnia czy roku, dając z siebie wszystko. Mieliśmy na to całą wieczność. Minęło już dużo czasu, mieliśmy dużo doświadczeń. Jednak dopiero teraz wkroczyliśmy na lepszy tor. Awansowaliśmy na wersje siebie z rozjaśnionym polem widzenia. Oświeceni i zmotywowani.